Moja rutyna bez okrucieństwa

W poprzednim wpisie wyjaśniłam Ci znaczenie różnych oznaczeń z magicznego świata cruelty free, dzisiaj czas na małą prywatę, gdzie pokażę Ci kilka swoich rzeczy, które zdecydowanie są godne polecenia! 


Kosmetycznym maniakiem nie jestem, nigdy tego nie lubiłam ani się na tym nie znałam. Czasem jednak trzeba się prezentować, prawda? Jako iż od kilkunastu miesięcy bardzo interesuję się tematem weganizmu w kosmetykach, chcę pokazać Ci dzisiaj te nieliczne produkty, których jestem na sto procent pewna i które mogę zareklamować jako CF. Sam wpis na blog jest sponsorowany przez moją kartę płatniczą. 

Pielęgnacja przede wszystkim


Mam Ci ja już ponad dwadzieścia wiosen, nawilżenie skóry jest ważną rzeczą. W sumie krem ląduje na mojej twarzy od kiedy oglądnęłam "Nigdy w życiu!", gdzie Joasia Jabłczyńska walnęła tekstem, że po dwudziestce zanikają włókna kolagenowe. I chuj, to może być kłamstwem lub półprawdą, nie położę się spać ani nie wyjdę na miasto jeśli nie posmaruję się kremikiem. A w chwili obecnej mam te oto wegańskie i CF (na liście PETA) kremy na dzień i na noc od The Green People. Jedyny mankament? Brakuje filtra w tym na dzień, no ale cóż, trudno! Ma cytrusowy, bardzo egzotyczny zapach i póki co to mój ulubieniec, jeśli miałabym coś polecić z całego serca to właśnie te produkty, choć nie ukrywam, że do tanich niestety nie należą. Były jednak bardzo dobrą alternatywą dla Palmer's. 






Makijaż zaś traktuję moimi wiernymi agentami - olejem z awokado do usunięcia wszelakich malunków i żelem do oczyszczenia twarzy. Olej ten stosuję też jako "krem" pod oczy. Przyznaję - jest to olej kuchenny, gdyż jest to jeden jedyny olej w stu procentach z awokado jaki znalazłam, bez sztucznego zapachu, bez dodatku oleju słonecznikowego. Działa świetnie, więc jeśli masz okazję go przetestować - uderzaj śmiało. Zaś żel do twarzy to wyrób marki bez okrucieństwa o nazwie Pacifica. Niemal 150 mL wystarcza spokojnie na nawet pięć miesięcy używania, więc jeśli jesteś kosmetyczną sknerą - zapas czterech starczy Ci nawet na dwa lata! Wystarczy odrobina, nie więcej niż mały zielony groszek, żeby zmyć make-up, oczyścić twarz i przyjemnie się odświeżyć. Swojej pierwszej tubki jeszcze nie skończyłam! Dodatkowo - jeśli jesteś osobą, która zwraca uwagę na skład produktów jest to rzecz totalnie dla Ciebie, żadnych kontrowersyjnych składników, alergenów, a skomplikowane nazwy chemikaliów są przetłumaczone 'na ludzki' w nawiasach!



I już kiedyś chyba wspominałam o tym toniku, według mnie to najlepsza rzecz na świecie! Mowa o Thayers, którego również zrobiłam sobie zapas. Bardzo wydajny, istnieje wiele zapachów i rodzajów - z alkoholem lub bez. Biorę ten bez alkoholu, bo nie mam problemów ze skórą i nie widzę potrzeby wysuszania jej alkoholem. Mój ulubiony zapach? Ten ogórkowy! 



Malunki na twarzy w stylu CF

Jestem dosyć prosta jeśli chodzi o zdobienie twarzy wszelakim make-upem. Tusz do rzęs, jakiś cień do powiek, może nieco różu i w sumie to tyle. Moja kosmetyczka nie pęka w szwach, jest wręcz skromna i zdecydowanie wyposażona w produkty CF. 


Pixi, Tarte i Nabla - jeśli obserwujesz gwiazdki na Instagramie pewnie kojarzysz te nazwy. Łączy je brak okrucieństwa w fazie produkcji i zdecydowanie fajne rezultaty. Nie ubywa ich zbyt szybko, a już na pewno nie w okresie wakacyjnym. Latem moja skóra oddycha, na ewentualne makijażowe szaleństwa pozwalam sobie głównie zimą!
Pudełeczko z łabądkiem to puder, który jest w użyciu na wyjątkowe okazje, bo po co niepotrzebnie zapychać sobie pory, prawda? Jest to puder marki Beauty Without Cruelty, oznakowany dwoma logami - po lekturze poprzedniego tesktu jesteś w stanie powiedzieć jakie organizacje za nimi stoją?






Zaś okazjonalnie (choć teraz już coraz częściej się mi to zdarza) zaszaleję z kolorami, oczywiście nadal pamiętając o CF. To jest chyba najbardziej męczące z tego wszystkiego - zanim pomyślę chociażby o zakupie przeczesuję sieć w poszukiwaniu marek i produktów, których etyka jest krystalicznie czysta. Bo w końcu makijaż jest dla ludzi, a nie dla zwierząt, prawda? 

Dlatego jestem wierna dwóm produktom. Jedna to mała paletka od Pur, druga to mój "najnowszy" nabytek ponownie od Tarte. I absolutnie mi to wystarczy na najbliższe kilka lat, chyba że zbyt szybko stracą swój pigment. 














Szukam jeszcze kilku rzeczy, które mogłabym zamienić w swojej rutynie, ale nic na siłę!

Wszystkie te piękne rzeczy zdobywam przez Internet. O ile to łatwiej i przyjemniej robić zakupy w domowym zaciszu, popijając ulubioną kawę. Poza tym - w trzy kliknięcia możesz znaleźć kody rabatowe dostępne na danej stronie internetowej. Nie dość, że szybko to tanio!
Moje najbardziej zaufane strony, które mogę szczerze polecić to te tutaj:


  • iHerb - amerykańskie i nie tylko kosmetyki, gdzie można dorwać kilka perełek!
  • Feel Unique - duży wybór produktów, w Internecie znajdziesz masę kodów rabatowych! 

A Ty - jaki masz stosunek do kosmetyków testowanych na zwierzętach? Wolisz robić zakupy przez Internet czy w klasyczny sposób? Daj znać w komentarzach!



Widzimy się w kolejnym wpisie już niebawem! 

Do zobaczenia, 
Karolina




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujmy za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosimy ładnie abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę czy też linki bądź obrażające nas/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiamy!