Przygody w piekle


O tym weekendzie marzyłam od lat, był takim wyznacznikiem muzycznych marzeń i snów. I w końcu się zrealizował, udaliśmy się do piekła na ziemi! Kilka spostrzeżeń i relacji jeszcze na gorąco w dalszej części tekstu, więc jeśli ciekawi Cię Hellfest - śmiało kontynuuj lekturę!


Kilka słów wstępu i mała anegdotka zanim przejdę do kwestii koncertów, gwiazd i organizacji tej imprezy. W tym roku Hellfest obchodził swoje trzynaste urodziny. Muszę przyznać, że świętowali je z pompą, a zaczęło się już w zeszłym roku, kiedy to stopniowo podnosili napięcie przed wypuszczeniem biletów w obieg. Zrobili to z klasą, trzydniowe wejściówki zostały rzucone w piątek, trzynastego października o... trzynastej trzynaście. Swoje bilety miałam dwie minuty później! I dobrze zrobiłam, gdyż rozeszły się w niecałe dwa dni, więc jeśli marzysz o spędzeniu weekendu w piekle - radzę się spieszyć! 
No ale dobra, czas opisać to piekło, rady i porady później!

Witaj w najbardziej piekielnym miejscu na ziemi

Pierwsze wrażenie jest zawsze najlepsze, nie? Ślinka mi poleciała już na widok najbardziej epickiego ronda na świecie, gdzie na samym środku królowała potężna gitara z charakterystycznym znakiem Hellfestu - wielką literą H. Dalej było już tylko lepiej! Przechodząc przez bramę w kształcie wzmacniacza trafiasz do Hellcity, mini miasteczka z którego drogi prowadzą albo na camping, albo na teren muzycznej orgii. Znajdziesz tam halę z goodies, kilka food-standów, salon tatuażu (tak, możesz wyczarować sobie logo Hellfestu) i wiele innych. Jest też bankomat i punkt cashless, choć w Hellcity możesz płacić normalnie kartą i gotówką. Cashless działa na terenie festiwalu, przy pierwszym wejściu dostajesz bransoletkę z magnesem, w którym spoczywa Twój portfel. A właściwie tyle kasy ile tam wpakowałeś. Tym samym nie musisz brać ze sobą pieniędzy, a za piwo płacisz przykładając magnes do maszynki ludzi za barem.

Uwielbiam piwo, to chyba już wiesz. I zawsze narzekam - czy to na festiwalach, czy to na koncertach w halach, że jest bardzo mały wybór (bądź w ogóle go nie ma) i serwują najgorsze siki typu Heineken czy Kronenbourg. Jestem wybredna, pijam tylko ciemne i portery. I jasne piwa z Polski, ale to detal. Jakże się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że jest w czym wybierać! Ciemne, jasne, belgijskie - nawet cydr był! Lane to wszystko było do kilku rodzajów szlanek: małych - 25cL, klasycznych pint, czyli 50cL i do półtoralitrowych dzbanów. Zaś prawdziwi koneserzy i stali bywalce podchodzili do barów z... rogami!

Taki róg z łatwością można przypiąć do swojego pasa!
Za ouest-france.fr
Hellfest jest najbardziej vegan-friendly festiwalem we Francji według PETA. To prawda, większość metalowców jest weganami bądź wegetarianami, większość standów z jedzeniem proponowało opcje bezmięsne. Jedzenie było tam na każdy język, od falafeli, przez pizze, na soczystym mięsiwie skończywszy. Wszyscy dzieliliśmy się każdym kawałkiem cienia, żeby w spokoju móc się posilić i zaatakować kolejne koncerty. A było w czym wybierać!



Jak brzmi piekło?

Sześć scen, każda z nich miała interesujące grupy do zobaczenia. I jak tu się zdecydować kogo zobaczyć najpierw, w które pogo wpaść na dobry początek?
Zaraz przy wejściu, obok gigantycznej ręki Dio - boga metalu znajdują się trzy hale - Valley, Temple i Altar, gdzie black metal jest najczarniejszy. Batushka tylko to potwierdzili! Exodus, Dimmu Borgir, Children of Bodom - choć tych ostatnich niestety nie widziałam (Altar był wypchany po brzegi!), był tam ogień.

Niedaleko wielkiego diabelskiego koła znajduje się WarZone. To miejsce doskonale nosi swoją nazwę - znajduje się w małej dolince, ogrodzone od reszty murem z drutem kolczastym (ma się wrażenie, że jest się na placu więziennym), gdzie speed i punk rock jest wiecznie żywy. Nie dałam się wciągnąć do circle pit - i dobrze zrobiłam. Wychodząc z WarZone minęłam kilku punków, którym chyba popękały bębenki, zaschnięta krew spływała im z uszu po szyi. W tym roku się nie dałam namówić, może w kolejnych edycjach..? Na wejściu do tej strefy znajduje się ogromny posąg drugiego boga metalu - Lemmy'ego Kilmistera. Naprawdę robi wrażenie i jednocześnie można się poczuć jak w domu. Wokół niego znajdują się kolejne standy gdzie można dobrze zjeść, poniżej zaś jest miejsce gdzie można się schłodzić - klatka więzienna z prysznicami i chłodną mgiełką jest wybawieniem po pogo w WarZone!


Nie ukrywam, że artyści, którzy najbardziej mnie interesowali dawali koncerty na głównych scenach. Przed nimi stoją dwa mury, z których leje się woda i gdzie również można się schłodzić. Za nimi budki z goodies i bary, żeby móc błyskawicznie uzupełnić płyny. Mainstage 01 i Mainstage 02 były świetnie nagłośnione, a sceny było widać nawet z większych odległości. Poza tym wszędzie były ekrany, więc jeśli nie masz ochoty włazić w tłum możesz spokojnie śledzić poczynania Twoich ulubieńców z bezpiecznych odległości. No ale co to za zabawa!

W ciągu tych trzech dni spełniło się tyle moich muzycznych marzeń, ale i poznałam czym jest smak zawodu. Chociażby Limp Bizkit, którzy może zagrali... cztery swoje utwory? Cała reszta koncertu wybrzmiała w coverach innych grup. Bawiliśmy się świetnie, ale jednak... Czemu nie grali swoich kawałków? Ogromnym zawodem był dla mnie również występ Mansona. Wielką fanką nie jestem, ale ciekawość zżerała mnie jak nigdy. Niestety, książę ciemności chyba przesadził z używkami, na scenie zachowywał się co najmniej dziwnie.

Całe szczęście większość koncertów zaliczam do tych najleppszych w moim życiu. Chociażby ten Megadeth czy Arch Enemy! Dali takie show, że do tej pory nie mogę się otrząsnąć. Największe wrażenie wywarli jednak na mnie starzy ujadacze, czyli Iron Maiden i Judas Priest. Na koncercie tych pierwszych byłam już trzy lata temu (o matko, to już trzy lata?!) i jest to jeden z nielicznych zespołów, po których widać, że nie robią tego dla kasy tylko po prostu kochają swoją pracę. Efekty wizualne były nie z tej ziemi, Bruce Dickinson latał po scenie jakby miał motorek w dupie. Na ich show czekało chyba najwięcej ludzi - kiedy tylko zeszli ze sceny, ludzie zaczęli rozchodzić się w stronę WarZone i reszty hal, a przecież zaraz po nich wystąpił Manson. No i Judas Priest... Rob Halford to żywa legenda, jego głos na żywo brzmi tak samo jak na albumach. Tak samo jak Bruce z Iron Maiden latał po scenie i robił niesamowite show. Widać, że muzyka to dla nich prawdziwa pasja i radość. Chętnie zobaczyłabym ich raz jeszcze!

Mogłabym jeszcze napisać o Alice in Chains, których również widziałam trzy lata temu i którzy są po prostu niesamowici za każdym razem. Albo o Nightwish, którzy uratowali show po żenującym występie Mansona. Albo o Bullet for My Valentine, czyli o moim ukochanym zespole nastoletnich lat. Pleymo czy Deftones, którzy rozgrzali publikę do czerwoności. Albo o Turnstile, którzy rozsadzili WarZone! Ale przecież kilka godzin później dokładnie to samo zrobili Terror!


Kilka dobrych rad

Nie był to mój pierwszy festiwal we Francji, więc byłam już przygotowana na większe kontrole bezpieczeństwa i zabezpieczenia. Pod względem organizacyjnym - istna rewelacja! Nie ma kolejek, nie ma niepotrzebnych stresów, kontrola bezpieczeństwa odbywa się w błyskawicznym tempie - kontrola osobista i szybki przegląd plecaków. To chyba pierwszy festiwal na jakim byłam, gdzie mogłam normalnie wnieść butelkę wody (z zakrętką!).

Camping jest dosłownie obok festiwalu, żeby się do niego dostać musisz przejść przez Hellcity. Dla porównania camping na Main Square Festival w Arras jest oddalony od cytadeli o kilkaset metrów, przy czym do wejścia na camping i na teren festiwalu robiły się kolejki na wiele, wiele metrów! W porównaniu do Hellfestu, tamten festiwal był organizacyjnym piekłem.

Mieszkańcy Clisson i okolic uwielbiają chyba festiwalowiczów - wielu ludzi oferuje swoje ogródki, żeby w bezpiecznym miejscu rozłożyć swój namiot, móc skorzystać z prysznica i po prostu skupić się na dobrej zabawie. Tak zrobiliśmy my, na Hellfest szliśmy przez malownicze winnice. Dziewczyna, u której się zatrzymaliśmy udostępniła nam prysznic i kuchnię, razem piliśmy i bawiliśmy się.

Warto zainwestować w cholernie wygodne buty, zrobić sobie małą apteczkę (bo nigdy nic nie wiadomo) i przede wszystkim - świetnie się bawić!





Byłeś na tym festiwalu? A może chcesz się wybrać? Opowiedz o swoich festiwalowych doświadczeniach i czy bardziej jesteś openairową bestią, czy wolisz koncerty w halach? 




Do następnego,
Karolina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujmy za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosimy ładnie abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę czy też linki bądź obrażające nas/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiamy!