Gdzie byłam kiedy nie blogowałam



Jak wcześniej mówiłam okres wakacyjny był dla mnie bardzo ciężkim momentem w życiu, potrzebowałam dłuższej przerwy na przemyślenie wielu spraw i rozwiązanie kilku problemów. Pomogło mi w tym wiele rzeczy, ale chyba najbardziej podróże bliższe i dalsze. Dzisiaj więc kolejna porcja prywaty, zanim przejdziemy do tekstów o Bordeaux i innych ciekawych i poważnych tematów.



W podsumowaniu zeszłego roku mówiłam, że dawno nie przeżyłam tak intensywnego roku pod względem podróży. To prawda, narobiłam wtedy całkiem sporo kilometrów, ale tego lata również nie próżnowałam. Uważam, że żeby przemyśleć sprawę na spokojnie trzeba zmienić środowisko. Trafiły mi się dwie fantastyczne okazje na początku 'wakacji' - dwa koncerty dwóch grup, na dwóch krańcach zachodniej Europy. Połączyłam tym samym przyjemne z pożytecznym, bo jeśli zapomnieć o swoich problemach to tylko przy muzyce Systemu. 

Une publication partagée par Karolina | 🇵🇱 🇫🇷 (@krln.s) le

En effet, koniec czerwca spędziłam w Arras, malowniczym, deszczowym miasteczku na północy Francji, niedaleko granicy z Belgią. Przygód nam nie brakowało, głos za to straciłam po kilku piosenkach jednego z moich ulubionych zespołów - System of a Down. Taka okazja nie trafia się często, nawet nie zastanawialiśmy się wiele, kupiłam bilety, wskoczyliśmy w pociąg i z namiotami i resztą tobołów dobiliśmy do Arras. Już drugi raz byliśmy na tamtejszym festiwalu, drugi raz narzekaliśmy na beznadzieją organizację, ale zobaczyć ich na żywo, a potem zobaczyć uśmiech Serja z okna odjeżdżającego autokaru - bezcenne!
Poza tym w końcu mieliśmy okazję zwiedzić nieco to miasto, które tak bardzo różni się od Bordeaux. Czerwona cegła przypomniała mi wspaniałe momenty jakie przeżyłam w Norwich, do którego chciałabym jeszcze wrócić. Przemiła odmiana od codzienności w jakiej przyszło mi żyć, choć nie ukrywam że serce mi podskoczyło z radości, kiedy pociąg wtoczył się na dworzec Saint-Jean.


Kilka dni później byłam już w Hiszpanii, w malowniczym Bilbao. Wygnał mnie tam również koncert, na którym niestety nie bawiłam się tak dobrze jak na poprzednim. Choć bardzo lubię Depeche Mode czułam niedosyt, brakło mi starszych utworów. No i nie sądziłam, że wokalista zespołu będzie zachowywać się tak... dziwnie. Ale wydarzenie można odhaczyć na liście rzeczy do zrobienia.

Samo miasto jest niezwykle urocze i piękne, festiwal miał miejsce na wzgórzu, z którego widać było całe Bilbao, ten widok zdecydowanie odpędził ode mnie złe myśli.



Praca również skutecznie odpędzała ode mnie zmartwienia, które trapiły mnie od tygodni. Mam naprawdę niezwykłe szczęście mogąc pracować z taką ekipą, teraz jednak kiedy wrzesień narzuca mi zupełnie inne tempo życia powracam niechętnie do moich pracujących weekendów. Zanim jednak na dobre rzucę się w wir nauki, partiels i całej tej studenckiej reszty przyda się jeszcze jedna podróż. Nieco dalsza niż dwie wcześniejsze, które miały bardzo pozytywny wpływ na poprawę mojego nastroju.

Kilkanaście tygodni temu powiedziałam mojemu kochanemu, że z miłą chęcią potańczyłabym na jakimś weselu. Nie wiem czemu, miałam taką ochotę. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy kilka dni później oznajmił mi, że kupił bilety i lecimy. Na wesele. Do Polski.

Wylecieliśmy w dniu moich urodzin, to był naprawdę jeden z najlepszych prezentów urodzinowych jakie kiedykolwiek dostałam. Polecieliśmy do Warszawy, jednak to nie stolica była naszym celem. Kolejne z moich wielkich marzeń się spełniło - udałam się na Mazury!


Oczywiście po drodze mieliśmy masę przygód i żeby o nich opowiedzieć w detalach musiałabym gadać przez wieczność. Spędziliśmy kilka wspaniałych dni w przeuroczej miejscowości, gdzie przypomniałam sobie niemal wszystkie smaki z dzieciństwa, gdzie poznałam wielu fantastycznych ludzi, do których już tęsknię i gdzie odpoczęłam jak nigdy. Nocą, leżąc na pomoście w końcu ujrzałam ponownie widok, który jest tak mi drogi - Drogę Mleczną. Widok gwiazd zawsze mnie uspokajał, dlatego widząc tę kosmiczną autostradę nad moją głową byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Ten kawałek świata całkowicie mnie do siebie przekonał i już marzę, by tam powrócić.

Spędziliśmy także kilka dni w Białymstoku. I choć wcale mi się tak nie wydawało - to jednak zwiedziłam i poznałam wiele ciekawostek na temat tego miejsca. Liczne kościoły i cerkwie same mnie wołały i wręcz prosiły, żebym je poznała, ale o nich opowiem kiedyś, przy innej okazji.




Czułam ogromny żal i smutek musząc wracać do domu, do Bordeaux. Życie w Polsce toczy się zupełnie innym rytmem niż to, do którego zdążyłam już przywyknąć. Jak dziwnie było otworzyć portfel i zdać sobie sprawę, że pięć złotych to moneta, a nie bilon. Albo dziwnie było stać i posłusznie czekać na zielone, kiedy ulice były zupełnie puste. Ile to razy łapaliśmy się na szoku, kiedy ktoś obok nas przechodził i mówił do telefonu... po polsku. Drobnostki, ale to właśnie po tych drobnostkach łatwo zauważasz jak bardzo wsiąknąłeś już w tryb innego życia.

Jednak wczoraj, kiedy wykończona podróżą weszłam do domu czekała na mnie mama. Nie było mnie tylko tydzień, ta jednak była tak bardzo szczęśliwa, że w końcu wróciłam. Przytuliłyśmy się jak misie, poplotkowałyśmy i smutki zniknęły. Magia?






2 komentarze:

  1. Jak miło spędzony, czas. Nigdy nie byłem w tak pięknych miejscach i za granicą ale jak patrzę na coraz więcej takich postów to aż chce się polecić do jakiegoś kraju.

    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę Ci tych podróży. Posanowiłam, że w tym roku będę częściej wyjeżdzać i zwiedzać. nie byłam jeszcze we Francjii najwyższa pora to zmienić. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękujmy za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosimy ładnie abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę czy też linki bądź obrażające nas/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiamy!