Moje (czy aby napewno) francuskie życie..?

13:49

Siedzę sobie w domu, popijam kawę zrobioną w french press i zjadając croissanta. Miałam właśnie zacząć tworzyć nowy tekst na blog, o zupełnie innej tematyce niż ten. Przewijam aktualności na Facebooku, komentuję zdjęcia... I tak patrzę na nazwę mojego Fanpage, a potem bloga. I zastanawiam się - czy moje życie jest faktycznie tak francuskie?

Szczerze powiedziawszy nigdy nie zastanawiałam się nad stylem życia jaki prowadzę. Czy moje życie jest franuskie, czy może jeszcze polskie. Rodzinę mam polską, mój facet jest Polakiem, mamy wielu znajomych rodaków, z którymi się spotykamy. Święta spędzamy typowo po polsku, niedzielny obiad to polski klasyk - rosół, kotlet, fura ziemniaków i surówka z marchewki i jabłka. Jednak będąc w Polsce rodzina moja stwierdziła, że sfrancuziałam. Jak to wywnioskowali? 

Czasami mam problem z wysłowieniem się poprawnie po polsku. Kiedy piszę jest ok, kiedy jednak mam o czymś opowiedzieć robię to chaotycznie, często rzucając błagalne spojrzenie w stronę mojego KzB, żeby pomógł mi znaleźć odpowiednie słowo po polsku. Spolszczam francuskie słówka, których rodak nieznający nic z języka Moliera nie zrozumie. Jednocześnie nie mam problemu z przetłumaczeniem czegoś z francuskiego na polski; zaś w drugą stronę... Muszę się zastanowić dłuższą chwilę.


Mam niemal dwadzieścia dwa lata, studiuję. Mój brat wkroczył na ścieżkę liceum, mojej siostrze pozostał jeszcze rok college. Możesz się zastanawiać co to ma do rzeczy z francuskim stylem życia. Ano ma. Na ten temat rozmawiałam niedawno z moją mamą, która zadała mi proste pytanie: "Wyobrażasz sobie życie w Polsce, wyobrażasz sobie że moglibyśmy nigdy nie wyjechać do Francji?". Już miałam odpowiedzieć, kiedy nagle mnie zatkało. Mój brat już w zerówce był problematycznym dzieckiem, był nadpobudzony. Mama sama stwierdziła, że niewyobraża go sobie w polskim gimnazjum i liceum. To właśnie przeprowadzka, zmiana otoczenia i fakt, że nie znał języka go uspokoiły. Teraz uczy się w jednym z najbardziej znanym liceum w mieście, radzi sobie doskonale. Ma swoje pasje, jest spokojniejszy i potrafi się skupić na więcej niż piętnaście minut. 

Studiuję. Niby rzecz absolutnie banalna, jednak biorąc pod uwagę naszą ówczesną sytuację życiową zastanowiłam się czy moją mamę byłoby stać na posłanie mnie na studia do najbliższego, większego miasta - Krakowa. Odpowiedź nasunęła się sama: nie, nie mogłaby sobie pozwolić na taki luksus. Możnaby krzyczeć i jęczeć na francuski system szkolnictwa i jego poziom, jednak dzięki pomocom z państwa (stypendium) jestem w stanie sama o siebie zadbać. 

Moja siostra sprawiła najmniej kłopotów, wyjechaliśmy kiedy miała siedem lat, tak więc technicznie rzecz ujmując ponad połowę życia spędziła już we Francji. Po polsku tylko mówi, lepiej nie dawać jej długopisu, żeby napisała dyktando czy żeby przeczytała Tomka w krainie kangurów. To już mała Francuzka i kotlet schabowy z zimniokiem tego nie zmienią.

Gusta kulinarne również się zmieniły. To bardziej zasługa moich międzynarodowych znajomości niż rodzinnych posiłków. Środowe wieczory mijają pod znakiem apéro z koleżankami, tak bardzo po francusku. Butelka wina, bagietka, kawałek sera. Uświadczyłabym czegoś takiego w Polsce? Może i tak, ale raczej w formie: wódka, ogórek i kawałek kiełbasy. Croissanty czy chocolatine na śniadanie do kawy to klasyk już od kilku lat. Obiad bez deseru w postaci owocu czy jogurtu to nie obiad, a w okolicach szesnastej wraz ze znajomymi robimy sobie przerwę na coś słodkiego. 

Idąc na obiad do restauracji trzeba dobrze wybrać godzinę. Serwis od jedenastej trzydzieści do czternastej narzuca rytm życia i reguluje przerwy między posiłkami. Mini kawa z kostką ciemnej czekolady na dowidzenia jest już moim rytuałem.

Adoptuję zachowania otaczającego mnie tłumu i choć staram się z tym walczyć - francuzieję z dnia na dzień. Nie czuję się Francuzką... Czekaj, inaczej to powiem: nie czuję się jeszcze Francuzką, ale nie czuję się już Polką. Balansuję na tej granicy między "zachodnim" stylem bycia, a "wschodnią" kulturą i zasadami. Ciężko mi się określić, co zresztą prowadzi nieraz do śmiesznych sytuacji, na przykład w święta. Kiedy życzę komuś "wesołych świąt" jest to dla mnie formułka grzecznościowa, zupełnie jak dzień dobry czy dowidzenia. We Francji święta to foie gras, ostrygi i prezenty; w Polsce to karp, sianko i opłatek. Wiem, że czułabym się bardzo źle spędzając święta w tradycyjny, polski sposób, jednocześnie wiedząc, że francuska wersja tego dnia mnie nie satysfakcjonuje. Ciężko za mną nadążyć, wiem. No ale cóż, przed Tobą Karolina - Polka z krwi i kości, mentalnie Francuzka, światopoglądowo kosmopolitka.

Tak więc czy moje życie jest aż takie francuskie jakby mogło się zdawać? Odpowiedz za mnie na to pytanie.



Do następnego razu,


You Might Also Like

2 komentarze

  1. To w takim razie jest Pani obywatelką świata ;) Ziemianką ;) Z tej perspektywy przynajmniej nie widać podziałów z którymi ostatnio trudno. Taki mix jest lepszy niż Polka/Francuska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie tak :) Szkoda wielka, że szufladkujemy się narodowościami czy też kolorem skóry. Dziękuję za przemiły komentarz!

      Usuń

“Avec un bon compliment, je peux vivre deux mois.”
- Mark Twain

Cieszę się, że postanowiłeś skomentować ten wpis! Z góry dziękuję za każde miłe słowo i konstruktywną krytykę. Proszę tylko: szanuj innych komentujących. I na bogów - nie reklamuj się! To wcale mnie nie zachęca do kliknięcia.

Pozdrawiam!